[BLONDYNKA NA WALIZKACH] Prawdziwa turystka w Pekinie czyli Wielki Mur Chiński, Zakazane Miasto, Pałac Letni itp

Heeeeeeeejjjj!! Tak, ja też się za Wami stęskniłam, powinnam tą notkę napisać przynajmniej tydzień temu, ale miałam totalnie zawalony czas ostatnio i nie miałam czasu, ani siły, żeby ogarnąć zdjęcia i jeszcze coś napisać. Ale już chyba w miarę nadrobiłam zaległości na uczelni i teraz mam do ogarniania tylko to, co na bieżąco, więc i do bloga mam zamiar wrócić. Tylko że na początku planowałam, że będę wstawiać notki dotyczące wyjazdu, a jak skończę, to wtedy wrócę do normalnych notek. Ale teraz stwierdziłam, że jednak już teraz wrócę do tłumaczeń i innych takich, więc notki z podróży będą się pojawiać w niedziele, a to i tak nie w każdą. A we wtorek tłumaczenie piosenki japońskiej, w piątek chińskiej, zgodnie z rozpiską w panelu bocznym. No, a w niedzielę chyba wrzucę notkę o Chinach nocą, tak myślę :) A póki co notka, której w sumie najbardziej nie chciało mi się pisać, ale jednak głupio by było o tym nie napisać, mianowicie kilka słów i trochę więcej niż kilka zdjęć zrobionych w charakterystycznych punktach Pekinu, który każdy turysta „zaliczyć” powinien. No i ja również tam byłam, w notce możecie przeczytać moje wrażenia na temat tych miejsc. I generalnie to tylko moje wrażenia, nie pisałam za dużo o samych miejscach, bo to i tak byłoby bardziej kopiowane z jakiejś strony niż pisane z głowy, więc jak ktoś jest zainteresowany, to sam sobie znajdzie. Ode mnie tylko kilka słów wyjaśniających ogólnie, co to za miejsca i to, jakie zrobiły na mnie wrażenie. Soo… zapraszam do czytania :)

Wielki Mur Chiński (The Great Wall, 长城)

 

Na dobry początek coś, co generalnie uznawane jest za symbol Chin czyli Wielki Mur Chiński. Na początek parę faktów z wikipedii, gdyż ponieważ iż ostatnio bardzo często ktos mi próbuje wmówić, że Mur Chiński to coś innego niż ja myślę, że jest. Otóż wikipedia mówi, że Wielki Mur Chiński to „zbiorcza nazwa systemów obronnych składających się z zapór naturalnych, sieci fortów i wież obserwacyjnych oraz (w najbardziej strategicznych miejscach) murów obronnych z ubitej ziemi, murowanych lub kamiennych, osłaniających północne Chiny przed najazdami ludów z Wielkiego Stepu”. Więc tak, jeśli słyszeliście, że mur chiński tak naprawdę nigdy nie istniał, to z jednej strony tak, bo ani nigdy nie był, ani i w tym momencie nie jest to wszędzie mur, w naszym słowa tego znaczeniu. Ale jeśli uznać to za zbiór różnych systemów obronnych, to jak najbardziej istniał on od dawna. To tak w ramach wstępu, bo ostatnio kilka osób wdało się ze mną w dyskusję dotyczącą tego tematu i mogę Was zapewnić, że wypowiadając się na ten temat, opieram się na bardziej wiarygodnych źródłach niż wikipedia. Ale na wikipedii było to jakoś tak ładnie sformułowane, więc ;p

W każdym razie ta część, na której byłam, to ta najbardziej znana część Wielkiego Muru, znajdująca się w Pekinie i mająca postać solidnego kamiennego muru, jakiego obraz od razu przychodzi nam na myśl, gdy myślimy o znanej chińskiej konstrukcji. Na mur wchodzi się po kamiennych schodach, które są niesamowicie nierówne i wejście na niego w butach na obcasach (to naprawdę wygodne buty są! i do chodzenia po górach i po schodach, ale nie takich, no) co prawda nie jest aż takim wyzwaniem, jak zejście z powrotem, ale i tak nie jest to proste. Mimo to warto! Wiadomo, samo to, że się wejdzie na Mur, robi z każdego prawdziwego mężczyznę, i można się później pochwalić przed znajomymi, więc już choćby dlatego warto. A poza tym oczywiście również dla naprawdę przepięknych widoków, jakie widać nie tylko ze szczytu, ale nawet już w połowie drogi. Przepiękna panorama gór rozciągająca się wszędzie wokół i oczywiście sam  Mur ciągnący się wzdłuż szczytów naprawdę robią wrażenie. Także polecam bardzo, miejsce nie jest przereklamowane, no, a przynajmniej nie jakoś bardzo :P

Plac Tian’anmen (天安门广场)

Kolejne miejsce, o którym chciałabym wspomnieć, to zarazem pierwszy pierwsze miejsce, jakie odwiedziliśmy po dotarciu do Paekinu. Plac Tian’anmen czyli wielki plac w centrum Pekinu, przed Zakazanym Miastem. Jest to największy publiczny plac na świecie. Samo Tiān’ānmén oznacza Bramę Niebiańskiego Spokoju, położoną na północnym krańcu placu, stanowiącą wejście na teren miasta cesarskiego.

Opis znów trochę z głowy, trochę z Wikipedii, teraz co ja sama mogę o tym powiedzieć? Cóż, plac jest naprawdę naprawdę wielki. Nawet jeśli doskonale o tym wiedziałam, to i tak jakoś ten ogrom mnie w pierwszej chwili przytłoczył. Mimo że plac dosłownie nazywa się Placem Niebiańskiego Spokoju, to spokojnie bynajmniej tam nie jest. Turystów jak mrówków, a nawet jeszcze więcej i wolę sobie nawet nie wyobrażać, co się tam dzieje w momencie, gdy odbywają się tu jakieś większe wydarzenia polityczne. A tak ogólnie to mnie najbardziej kupił wieeeeeeelki wazon z kawiatami, który stał tak gdzieś w połowie długości placu. Powiedziano nam, że normalnie czegoś takiego tam nie ma i nasza przewodniczka nie potrafiła nam wyjaśnić, dlaczego w tamtym akurat momencie było, ale fakt faktem, wyglądał naprawdę pięknie, większego bukietu chyba w swoim życiu już nie zobaczę. Na zdjęciu możecie zobaczyć, jacy mali są ludzie przy tym wazoniku. A na kolejnym zdjęciu miejsce, które raczej każdy przynajmniej raz widział na jakimś zdjęciu czy w telewizji, brama z podobizną Mao, prowadząca do Zakazanego Miasta, które też będzie naszym kolejnym przystankiem.

Zakazane Miasto (Forbidden City, 故宫)

Mówiłam już, że ogrom placu Tian’anmen mnie przytłoczył, prawda? To jeszcze nic w porównaniu z tym, jak bardzo przytłoczyła mnie wielkość Zakazanego Miasta. Zakazane Miasto jest to krótko mówiąc dawny pałac cesarski dynastii Ming oraz Qing, znajdujący się w centrum Pekinu. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się więcej na temat tego miejsca od strony historycznej, odsyłam do wikipedii albo innego bardziej wiarygodnego źródła, bo ja sama nie wiem więcej niż to, co przeczytałam w internecie, jakoś nigdy mnie specjalnie ten obiekt nie ciekawił i po zobaczeniu go stwierdzam, że owszem, warto było go zobaczyć, ale raz, więcej się już tam raczej nie wybiorę, a przynajmniej nie z własnej woli.

Generalnie ja bym podzieliła Zakazane Miasto, a właściwie część udostępnioną zwiedzającym, na trzy części. Pierwsza to część publiczna, zaczynająca się zaraz za bramą Tiān’ānmén i obejmująca tę część, którą można zwiedzać bez kupowania biletów. Jeśli chodzi o mnie, to właśnie ona mi się chyba najbardziej podobała, bo raz, że widać już było tę charakterystyczną dla tego miejsca architekturę, dwa, że nawet jeśli przestrzeń między budynkami była naprawdę spora, to wciąż było tam sporo zieleni, która jakoś tak sprawiała, że nie czułam się aż tak przytłoczona tym wszystkim. Plus moje serca zdobyli panowie w mundurach, których widać na jednym ze zdjęć poniżej. Stałyśmy z koleżanką obok nich dłuższą chwilę i zastanawiałyśmy się czy to tak na serio jakieś ćwiczenia, czy jednak to tak pod publikę bardziej i właściwie to żadnych wniosków nie doszłyśmy, ale sądząc po ich uśmieszkach i jak zerkali co chwilę w stronę „publczności”, to tak całkiem na serio chyba być nie mogło. No, ale może przynajmniej trochę tak, kto ich tam wie ;p

Następna część znajdowała się za bramą, której nazwy nie jestem w stanie sobie przypomnieć, a nie chcę skłamać, wklejając to, co mi się tylko wydaje. W każdym razie w tym miejscu kupowało się bilety wstępu i wchodząc, trzeba było przejść przez kontrolę osobistą, która jednak była dość pobieżna i w sumie nie było się czym przejmować. Później przechodziło się przez bramę widoczną na pierwszym zdjęciu poniżej i wkraczało się w zupełnie inny świat, w którym o jakichkolwiek roślinach, to mogłam sobie tylko pomarzyć. I w tym momencie poczułam się już naprawdę przytłoczona. Ogromem tego miejsca, ogromem tych budynków, które były do siebie wszystkie tak bardzo podobne, że właściwie to ja już nie byłam pewna, czy temu konkretnemu już robiłam zdjęcie, czy to jednak był jakiś poprzedni, który wyglądał prawie tak samo. Miałam wrażenie, że idę, idę, a nic się nie zmienia i właściwie to w połowie zaczęłam się zastanawiać, kiedy już stamtąd wyjdziemy, bo byłam zmęczona i chciałam do hotelu (w ramach usprawiedliwienia dodam, że byliśmy tam ok 10 rano, zaraz po kilkunastogodzinnym locie i bez okazji, żeby wcześniej odpocząć). Nie jestem pewna, czy zdjęcia oddają to chociaż trochę, ale mam nadzieję, że macie chociaż jako takie wyobrażenie, o czym mówię.

Ostatnią i osobiście moją ulubioną częścią Zakazanego Miasta była niewielka część na samym końcu czyli Ogród Cesarski. I to miejsce było naprawdę piękne, bo nie dość, że zachwycało swoją architekturą, to również roślinnością. Jeśli miałabym wrócić kiedyś do Zakazanego Miasta, to chyba nawet nie zatrzymywałabym się po drodze, tylko od razu skierowałabym się do ogrodów, gdzie mogłabym sobie usiąść i nacieszyć się możliwością przebywania w tak pięknym otoczeniu. Więc tak, jak sam pałac królewski mnie jakoś do siebie nie przekonał, tak ogrodom mówię „tak” :) Może tylko to, że było w nich tak wielu ludzi na tak małej przestrzeni, było trochę przerażające, no ale dało się przeżyć ;p

Pałac Letni (Summer Palace, 颐和园)

Następnym obowiązkowym punktem wycieczki był Pałac Letni, który jednocześnie był zdecydowanie moim ulubionym punktem wycieczki.  Właściwie nazwa Pałac Letni jest trochę myląca, ponieważ nie jest to właściwie pałac, ale kompleks parkowo-pałacowy zajmujący ok 70 tys. m² zabudowanej przestrzeni z licznymi ogrodami, altankami, pawilonami, galeriami i klasycznymi rezydencjami. W związku z tym chińska nazwa 颐和园 (Yíhéyuán) tłumaczona jako Ogród Pielęgnowania Harmonii, dużo bardziej mi się podoba. To właśnie w to miejscu udawali się w ramach letniego odpoczynku cesarze z dynastii Qing. Teraz jest naprawdę spory i naprawdę przepiękny. Byliśmy tam może z 3-4 godziny i to było zdecydowanie za mało. Dużo dużo za mało. Spędziłabym tam z chęcią cały dzień, albo weekend, ewentualnie całe wakacje. A i tak nie jestem pewna, czy starczyłoby mi czasu, żeby się tym miejscem nacieszyć. Udało nam się zobaczyć zaledwie niewielki fragment, a zdjęcia nie oddają nawet w połowie tego klimatu, ale i tak chyba po prostu pokażę Wam kilka, bo akurat o tym miejscu to nie ma co pisać, to trzeba po prostu zobaczyć *o*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *