[FANFICTION] 13 Reasons Why (1/13)

Hej! Prawie zdążyłam, prawie… Okej, dzisiaj mam dla Was opowiadanie, którego tytuł z pewnością może wydać Wam się znajomy, ale spokojnie, nie ma absolutnie nic wspólnego z serialem, który stał się hitem ostatniego sezonu. Nie ma też nic wspólnego z fanfiction, gdyż tak naprawdę nie dotyczy żadnego idola, ani nikogo, przynajmniej o nikim konkretnym nie myślałam, gdy to pisałam (po prostu na to słowo reaguje więcej osób niż jak napiszę po prostu „opowiadanie” xD). Pomysł wpadł mi do głowy dzisiaj, przed chwilą i pisałam go na szybko, po wypiciu odrobinki dobrego wina, więc well, wysokich lotów to to nie jest, ale chyba po prostu musiałam wyładować z siebie emocje dzisiejszego dnia. Może mimo wszystko komuś przypadnie do gustu. Enjoy!

Każdy ma swoje powody. Powody, by cos zrobić i by czegoś nie zrobić. Tak jak serialowa… nie pamiętam imienia, w każdym razie ta dziewczyna, która się zabiła, miała swoje powody, by zrobić to, co zrobiła. Tak samo ja miałam swoje powody, by nie zrobić czegoś, co wiele osób wokół mnie sugeruje mi od dobrego roku, co najmniej, jak nie więcej. Mianowicie, nie, nie zamierzam się z Nim związać. Nie zamierzam wychodzić za Niego za mąż, ani nawet iść z Nim do łóżka, co byłoby przekroczeniem tej magicznej granicy, która sprawiłaby, że nie bylibyśmy już nawet przyjaciółmi. Bo teraz jesteśmy, chyba. I okej, przyznaję, czasem przechodziło mi przez myśl, że mogłoby to się przerodzić w coś więcej, ale zawsze właśnie wtedy pojawiało się coś, co uświadamiało mi, że to nie ma szansy wypalić. Więc tak, mam swoje powody, dlaczego nie chcę z nim być. A może nawet nie tyle nie chcę, co serio, uwierzcie, to po prostu niemożliwe. „Dlaczego?” spytacie. Otóż powodów jest kilka, kilkanaście nawet, dokładnie to trzynaście. I pierwszy z nich jest naprawdę banalny.

Nie moglibyśmy razem podróżować samochodem.

Śmieszny powód? Pewnie tak, też nie sądziłam, że coś takiego może mi tak bardzo przeszkadzać, ale po kilku przejażdżkach z nim doszłam do wniosku, że nigdy więcej, bo albo ja zwariuję, albo on zwariuje, na pewno jedno z dwóch. Mamy tak absolutnie różny gust motoryzacyjny, przy okazji żadne z nas nie umie siedzieć cicho i po prostu przemilczeć tego, co mu nie pasuje, nawet jeśli podróż wcale nie jest długa.

Chociaż za pierwszym razem, gdy zabrał mnie na przejażdżkę swoim Lamborghini, to nawet udało mi się nie komentować. Mimo że osobiście uważam, że to auto ładnie to tylko wygląda, a do jeżdżenia nie nadaje się w ogóle, to starałam się być pozytywna tylko dlatego, że on je uwielbiał. Tyle że za drugim razem już nie umiałam siedzieć cicho….

– Czy możemy następnym razem pojechać normalnym autem? – rzuciłam od niechcenia, wiedząc, że to nie jest jedyny samochód, jaki ma, a że jego ulubiony, nie znaczyło też, że mój.

– Normalnym? – powtórzył po mnie, jakbym przynajmniej głosiła jakąś herezję. – Czemu? – ale zanim zdążyłam odpowiedzieć, sam stwierdził. – Boisz się, że za bardzo rzuca się w oczy? Nie martw…

– Nie – przerwałam mu, już w sekundzie, gdy to mówiłam, wiedząc, że powinnam ugryźć się w język.

– Co „nie”? – zapytał, nie odrywając oczu od drogi.

– Nie dlatego – odparłam krótko, licząc na to, że nie będzie brnął dalej w ten temat.

– To dlaczego? Co ci nie pasuje w tym zaje…. „nienormalnym” samochodzie? – tym razem w jego głosie ewidentnie czuć już było urażoną dumę. W końcu coś mi nie pasowało. W jego samochodzie. W jego skarbie. Który zdecydowanie był dla niego ważniejszy niż ja, nie oszukujmy się.

– Po prostu go nie lubię, jest niewygodny… – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, jedno wiedziałam, okłamywanie go nie miało sensu. – Ma za niskie podwozie, ogólnie jest za niski, mam wrażenie, jakbym siedziała na ziemi, i jeszcze…. – wymieniłam mu wszystkie rzeczy, które mi przeszkadzały, nie było ich aż tak dużo, ale trochę mimo wszystko było.

Litania, jaką po tym dostałam trwała przynajmniej kilkanaście minut, dotyczyła tego, jak wspaniały jest jego samochód i jak bardzo ja się nie znam, a każda inna dziewczyna dałaby się zabić, żeby zabrał je nim na przejażdżkę, a ja nie dość, że nie umiem tego docenić, to jeszcze marudzę. I że skoro taka jestem, to już nigdy więcej nigdzie mnie nim nie zabierze.

– I chwała ci za to… – odetchnęłam z ulgą.

Obraził się na mnie na dobre dwa tygodnie, znaczy jego zdaniem się nie obraził, tylko po prostu był zajęty, moim zachowywał się, jak obrażona trzynastolatka, która za pomocą cichych dni chce komuś pokazać, jak bardzo ją zraniłam. Po dwóch tygodniach zaczęliśmy znów ze sobą normalnie rozmawiać, ale zgodnie z obietnicą, od tamtej pory nigdy nigdzie mnie nie zabrał.

Miał jednak okazję być w zasięgu wzroku w momencie, gdy to ja znalazłam sobie auto moich marzeń.  Takie, na które nigdy nie było mnie stać i pewnie za szybko nie będzie, ale na którego widok automatycznie wyrywało mi się zachwycone westchnienie i komentarz, że takim to bym jeździła.

Niektórzy twierdzą, że jestem dziwną kobietą, że tak bardzo jarają mnie samochody terenowe, ale może to dlatego, że wychowałam się na wsi i musiałam czasem jeździć po naprawdę trudnym terenie. Znaczy trudnym dla przeciętnego auta stworzonego z myślą o miejskiej jeździe. Ale nie dla takiego cacka, jakie właśnie stało przede mną. Nie dość, że wyglądał pięknie, to jeszcze wysokie podwozie, napęd na cztery koła i odpowiednie opony sprawiały, że żadne wertepy czy małe bagna na drodze nie byłyby mu straszne. Perfecto.

– Chce się pani przejechać? – spytał mnie pan, który odpowiadał za samochód i który najwyraźniej zobaczył moje zachwycone spojrzenie. Okazało się, że jest z jakiejś firmy, która proponuje przejażdżki tego typu samochodami w naprawdę trudnym terenie, by móc zobaczyć wszystkie jego możliwości. Za drobną opłatą oczywiście. W odpowiedzi nawet nic nie powiedziałam, po prostu pokiwałam energicznie głową, a na moją twarz wypłynął momentalnie gigantyczny uśmiech. Najwyżej nie kupię sobie nowych butów, albo nie pójdę do fryzjera. Przeżyję.

– Pan też? – zwrócił się gość wtedy do Niego, a ja sobie nagle przypomniałam, że nie jestem sama.

Nie słyszałam odpowiedzi, ale zapewne się zgodził, bo gdy po chwili ja siedziałam za kierownicą samochodu, On siedział na tylnym siedzeniu za mną, trochę za głośno mrucząc coś o tym, że nie wierzy, że podobają mi się takie samochody. Słyszałam też jego prychnięcie gdy pan obok wyjaśnił mi, że maksymalna prędkość, jaką będziemy rozwijać to 40km/h. No tak, dla niego to wleczenie się.

– Wiesz, że nie musisz z nami jechać, jak nie chcesz – przypomniałam mu.

– Ktoś musi pilnować, żebyś nie zepsuła czyjegoś samochodu – odpowiedział, ta, dzięki za wiarę.

– Takiego samochodu to nie rozwali nawet taka blondynka jak ja – odpowiedziałam, dociskając pedał gazu.

Trasę, którą jechałam, na pewno można było podpiąć pod definicję „trudnego terenu”. Strome podjazdy i jeszcze bardziej strome zjazdy, bagniste drogi, ostre zakręty pomiędzy drzewami, gdzie czasem samochód przechylał się pod kątem 35 stopni (samochód przewraca się pod kątem 45 stopni). Momentami nie wiedziałam, co się dzieje i kilkakrotnie miałam wrażenie, że zaraz walnę w drzewo, jednak na szczęście hamulce działały tak samo dobrze jak pedał gazu. Ale tak ogólnie miałam mega frajdę, cieszyłam się jak dziecko i tak, zdecydowanie takim samochodem mogłabym jeździć.

– Pan też chce się przejechać? – padło w którymś momencie pytanie.

– On nie chce – odpowiedziałam za niego, w końcu nie lubił takich samochodów. Nawet jeśli od czasu do czasu dochodził do mnie jego śmiech lub zadowolony komentarz, gdy udało mi się pokonać jakąś wyjątkowo trudną przeszkodę.

– Nie odpowiadaj za mnie – zareagował od razu. – I zrób mi miejsce, zanim naprawdę nas zabijesz, kilka razy już byłem bliski śmierci, ja to przynajmniej dowiozę nas do domu w jednym kawałku.

Parsknęłam.

– Wcale nie jesteś takim dobrym kierowcą – rzuciłam z czystej przekory.

Bo był, co można było zobaczyć już po chwili, gdy ustąpiłam mu miejsca. Jechał  zdecydowanie pewniej niż ja i choć nigdy nie wątpiłam w jego umiejętności na drodze, to jednak zaskoczyło mnie to, jak dobrze radzi sobie nawet w takim terenie, zwłaszcza że z tego, co wiedziałam, nigdy wcześniej nie prowadził takiego samochodu. Szybko jednak zorientowałam się też, że sprawia mu to taką samą radochę jak i mnie. Jak nie nawet większą.

– I co? Podobało się? – zagaiłam, gdy już wróciliśmy do punktu wyjścia i pożegnaliśmy się z panem, który nadzorował naszą przejażdżkę.

Widziałam, że tak, więc nawet nie próbował kłamać, że nie. Już się cieszyłam, że może udało mi się przeciągnąć go na tą lepszą stronę mocy i kupi sobie jakiś porządny samochód z prawdziwego zdarzenia jak ten, a nie te maluszki, które może może i osiągały niesamowite prędkości, ale po co to komu w wielkim mieście, jak ograniczenie prędkości to 50km/h…

– Ale wiesz, że ten też nie nadaje się do jazdy po mieście, prawda? – zgasił mnie od razu, otworzyłam usta, żeby mu coś odpowiedzieć, ale skończyły mi się argumenty.

Tym razem to ja wróciłam obrażona autobusem, ignorując fakt, iż nawet się tym razem poświęcił i przyjechał po mnie „normalnym” samochodem. Mnie przeszło po dwóch dniach, ale i tak stwierdziłam, że nigdy więcej nigdzie z nim nie jadę, żadnym samochodem, bo poza tymi dwoma przypadkami, mieliśmy jeszcze kilka innych wspólnych wycieczek, czasem całkiem przeciętnymi samochodami. Ale i tak kończyło się to zawsze albo kłótnią (bo klima za mocna, bo piosenka w radio nie ta, bo jedzie za szybko, bo jadę za wolno, bo…. oh, było mnóstwo powodów do kłótni) albo cichymi dniami. A gdybyśmy serio byli parą, nie wyobrażam sobie jeżdżenia zawsze osobnymi samochodami, zwłaszcza że na spotkanie z przyjacielem mogę przyjechać do restauracji sama, ale na randkę chłopak powinien po mnie przyjechać i odwieźć mnie później do domu. Może i jestem staromodna, ale właśnie tak powinno być. A wtedy wiadomo jakby to się skończyło. Krótko mówiąc, randka na pewno nie byłaby udana.

Tak więc, śmieszny powód, prawda, ale pierwszy powód zawsze jest najbanalniejszy.

Drugi powód jest już ciekawszy….

 

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: