[FANFICTION] Dr. Honey

Heyyy, obiecałam Wam na dzisiaj ff i naprawdę miałam szczerą chęć napisać coś specjalnie dla Was, ale z powodów osobistych nie miałam na to czasu, więc żeby nie wyjść na gołosłowną wstawiam one shota, którego napisałam kiedyś przez koleżankę i mam nadzieję, że mnie nie zabije za to, że wstawiam go tutaj (kocham Cię, Natt <3). Dla jasności, Jooheon nie jest moim biasem w MX, a fik był pisany w ramach wyzwania i miał być zainspirowany gifem, który widzicie poniżej. A że miałam wtedy niezłą fazę (serio, nie wiem, co ja wtedy brałam), to wyszło coś takiego. Jest to baaardzo nie w moim stylu, ale mam nadzieję, że mimo wszystko Wam się spodoba. Pozdrawiam serdecznie, częstuję żelkami i zachęcam do komentowania :D

– W końcuuuu!! – ucieszyłam się jak dziecko, gdy dzwonek do drzwi w końcu zadzwonił, ogłaszając przybycie gości, których się spodziewałyśmy i, co ważniejsze, prowiantu!

Byli spóźnieni. Niby wiedziałyśmy, że to nie ich wina tylko nagrania się przedłużyły bla bla bla, nieważne. Ważne, że cała ta impreza to był ich pomysł i oni obiecali, że przywiozą alkohol i chociaż na początku i bez niego fajnie się plotkowało, to ostatecznie trochę zaschło nam w gardłach i bardzo chętnie byśmy je czymś nawilżyły.

I w końcu, przyszli! Chwała im za to! Przynieśli też całą skrzynkę butelek, po czym stwierdzili, że jak zabraknie, to w samochodzie mają jeszcze drugą. No, to teraz mogliśmy zacząć się bawić. Tylko, że wciąż nie zgadzała mi się tu jedna rzecz.

– Ejjj, a gdzie główny sprawca całego zamieszania? – spytałam, gdy wśród przybyłych osób nie dostrzegłam osoby, od której w ogóle wyszedł cały ten pomysł zrobienia imprezy halloweenowej. Co prawda mógł mi gdzieś umknąć, zwłaszcza że wszyscy byli przebrani i niektórych wcale nie tak łatwo było rozpoznać. Ale nie no, jego powinnam zobaczyć, w końcu spędzałam z nim ostatnio prawie całe dnie, rozpoznałabym go w każdym stroju.

– Powiedział, że trochę się spóźni, bo musi jeszcze coś załatwić – odpowiedział mi któryś z pozostałych chłopaków. – Ale że możemy zacząć pić bez niego.

– No raczej – spojrzałam na niego jak na wariata, oczywistą kwestią było to, że teraz, kiedy już mieliśmy prowiant, nie będziemy czekać z imprezą na spóźnialskich.

Jak zostało powiedziane, tak też się stało. W momencie, gdy towarzystwo się powiększyło, a alkohol ruszył w obieg, impreza od razu nabrała innego tempa. Zaczęły się jeszcze większe ploty, gry, opowiadanie niestworzonych historii, próby swatania ze sobą osób obecnych i dokuczania osobom, które wcale tego swatania nie potrzebowały, bo doskonale radzili sobie sami. Minęła już przynajmniej godzina odkąd chłopcy się pojawili i aktualnie właśnie graliśmy w prawdę i wyzwanie, gdzie oczywiście jak zwykle wybierałam prawdę i oczywiście jak zwykle ktoś zadał mi właśnie absurdalne pytanie na temat moich spraw łóżkowych, phi, swojego nie mają, że o innych pytają?

Na szczęście zanim zdążyłam na nie odpowiedzieć, w drzwiach stanął on! A właściwie to najpierw się odezwał, prawie przyprawiając mnie o zawał, bo akurat siedziałam tyłem do drzwi.

– Oto jestem – oznajmił uroczystym tonem. – Przyszedłem uratować tę imprezę.

Strój, który miał na sobie, przypominał strój jakiegoś starożytnego kapłana, a przy tym miał na szyi i głowie to… no, jak to się nazywało? Nie pamiętam, w każdym razie sprzęt, jaki mają lekarze, więc może to po prostu był starożytny lekarz. Whatever w sumie.

– Uratować? Chyba zabić! – obruszyłam się. – Prawie zawału przez ciebie dostałam – uświadomiłam mu, jednocześnie dramatycznym gestem kładąc rękę na sercu, żeby podkreślić to, jak niewiele brakowało, żeby stanęło na zawsze.

– Ledwo przyszedłem a ty już marudzisz i we mnie wątpisz – chłopak przewrócił oczami, podchodząc bliżej mnie i siadając po turecku obok. – Powiedz mi, co ci dolega, a zobaczysz, że zaraz cię uleczę.

– Mnie? Ja to cierpię na brak miłości – wypaliłam pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy. Zdaje się, że czytałam coś takiego na jakimś blogu niedawno, miałam z tego niezłą bekę.

– Braku miłości, powiadasz? – udał, że intensywnie nad czymś myśli. – Na to jest tylko jedno lekarstwo – pokiwał głową, chyba starał się wyglądać na mądrego, średnio mu wyszło, ale niech mu już tam będzie.

Po tych słowach sięgnął ręką do wyjątkowo dużej kieszeni, z której wyciągnął jakiś słoik, przez naklejoną na niego etykietkę ciężko było zobaczyć, co właściwie było w środku. Przynajmniej dopóki nie odkręcił nakrętki i nie wyciągnął z niego…. Żelkowego misia! Czerwonego. To pewnie że na tą miłość niby. W sumie whatever. Chłopak położył miśka na otwartej dłoni i wyciągnął w moją stronę, jakby oczekiwał, że go od niego wezmę. Niby to niehigieniczne i w ogóle, ale no, nie oszukujmy się, na takich imprezach działy się gorsze rzeczy, a żelek to żelek, więc no, why not?

–  Mówisz, że to ma mi niby pomóc? – spytałam jeszcze ze śmiechem, po chwili obracając żelka w dłoni. Niby normalny żelek, ale coś w nim było nie tak. Był taki jakby, nie wiem, mokry?

– Oczywiście – wyglądał na oburzonego faktem, że dalej mu nie wierzę. – Spróbuj, to sama się przekonasz.

Cóż, do stracenia nic nie miałam, więc po chwili już miałam żelka w ustach i już wiedziałam, dlaczego wydawał mi się taki dziwnie mokry. Był nasączony alkoholem, nie wiedziałam jakim, ale na pewno mocnym, pewnie jeden taki żelek uderzał do głowy bardziej niż wszystkie te drinki, które zdążyłam wypić już tego wieczoru.

– Ej, a braku miłości nie leczyło się przypadkiem metodą usta-usta? – palnęła nagle jedna z moich przyjaciółek.

Parsknęłam śmiechem. I zakrztusiłam się przy tym żelkiem, którego właśnie próbowałam połknąć. Oczywiście wszyscy zaraz rzucili mi się na ratunek, włącznie ze starożytnym panem doktorem i przez dobre kilka minut próbowałam jednocześnie połknąć żelka, żeby się nim nie udusić i zapanować nad atakiem śmiechu, którego jednak nie mogłam powstrzymać.

– Żyjesz? – spytał ktoś, gdy w miarę już się ogarnęłam i tylko po twarzy spływały mi łzy wywołane sama nie wiem, czy bardziej śmiechem czy tym, że jeszcze chwilę temu się dusiłam. Otarłam je szybko ręką i odwróciłam się w stronę przyjaciół.

– Nie, umieram, z braku miłości – stwierdziłam, nadal się śmiejąc. – Przez was lekarstwo nie podziałało, bo żeście mnie rozśmieszyli. Poproszę większą dawkę – wyszczerzyłam się do mojego osobistego pana doktora, wyciągając przed siebie otwartą dłoń, mając nadzieję, że poczęstuje mnie kolejnym żelkiem, no co, były naprawdę genialne, a ja serio zamierzałam się dzisiaj upić, w ten sposób na pewno mi się uda.

– Powinno zadziałać – zamyślił się jednak mój lekarz. – Ale jak nie podziałało, to może faktycznie powinienem spróbować czegoś innego…

I nim zdążyłam zarejestrować, co się właściwie dzieje, chwycił moją rękę i zamiast coś na niej położyć, pociągnął mnie tak, że prawie na niego upadłam, a gdy podniosłam głowę, by go za to opieprzyć (bo sorry, ale takich rzeczy się nie robi, no!), ledwie zdążyłam otworzyć usta, zaraz zamknął mi je pocałunkiem. Nie spodziewałam się tego, to po pierwsze. Byłam już mocno, naprawdę mocno, wstawiona, to po drugie. Pewnie dlatego od razu go nie odepchnęłam. A po trzecie, to nie oszukujmy się, od kiedy go poznałam, zawsze miałam do niego słabość, co prawda nie aż taką, by fantazjować o nim po nocach, ale przecież jeden pocałunek jeszcze nikogo nie zabił, prawda? Pewnie dlatego go odwzajemniłam. I dlatego, że chłopak po prostu dobrze całował, to po czwarte.

– Uuuu…. – nie byłam pewna, kto zaczął, ale po chwili prawie wszyscy obecni w pomieszczeniu głośno nas dopingowali. Co mi się już nie podobało, dlatego szybko odsunęłam się od chłopaka i wróciłam na miejsce, w którym siedziałam, zanim postanowił sprawdzić inną „metodę leczenia”.

– Na co się gapicie? – rzuciłam do nich z rozbawionym oburzeniem. – Ktoś jeszcze potrzebuje leczenia? Pan doktor służy pomocą. Ja polecam, jego sposoby zawsze działają, nawet jak umierasz, minuta i będziesz jak nowo narodzony, skuteczność gwarantowana – powiedziałam takim tonem, jakbym robiła najlepszą reklamę na świecie, jednak po chwili jeszcze raz zerknęłam w stronę chłopaka. – A mogę jeszcze jednego żelka, nawet jak już jestem zdrowa? – spytałam niewinnie, na co roześmiał się wesoło, po czym wyciągnął ze słoika jeszcze jednego żelka i tym razem podał mi go prosto do ust.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: