易车Running Shark流行电子音乐节 czyli jak wybrałam się na chiński festiwal muzyczny…

Cześć wszystkim! Jak się macie? Nie pisałam nic przez jakiś czas, mimo że oczywiście planowałam pisać dużo, ale moje życie w tym momencie wygląda tak, że… cóż, po prostu nie mam czasu na siedzenie przy komputerze. Kiedy już go włączę, to albo po prostu słucham muzyki, a w tym samym czasie się uczę, albo rozmawiam z rodziną czy ze znajomymi, z którymi mogę się skontaktować tylko w godzinach, które normalnie poświęcałam na pisanie bloga. No i teraz kontaktuję się z nimi częściej, bo oczywiście wszyscy chcą wiedzieć „jak tam radzę sobie w Chinach”, kiedy byłam w Krakowie moje życie nikogo aż tak nie interesowało, ale w sumie chyba nie powinno mnie to dziwić, jakby ktoś z moich znajomych był na moim miejscu, pewnie też bym pytała. W każdym razie w Chinach radzę sobie całkiem okej, tak myślę, powoli poznaję miasto, powoli poznaję ludzi, powoli poznaję język. Czasem wydaje mi się, że przed przyjazdem tutaj myślałam, że wszystko będzie ot tak, przyjadę i zaraz poznam jakichś fajnych Chińczyków, od razu będę wiedzieć, jakie chińskie jedzenie jest najlepsze, zaraz przełamię barierę językową i po tygodniu będę wesoło gawędzić z taksówkarzem. Ale tak to nie działa, niestety, na wszystko potrzeba czasu. Czasu, cierpliwości, ciekawości, chęci do nauki i również trochę odwagi, bo jeśli będziemy się bali podejmować ryzyko, czasem może nas ominąć wiele rzeczy, które jednak warto by było przeżyć. Osobiście myślę, że nie jestem najodważniejszą osobą na świecie, ale nie jestem też najbardziej strachliwą, o czym może świadczyć choćby fakt, że tak jak wspomniałam w tytule notki, wybrałam się ostatnio na festiwal muzyczny. Dlaczego to było dość odważne posunięcie i jak taka impreza wygląda w Chinach? O tym właśnie chciałam Wam dzisiaj opowiedzieć. Od razu uprzedzam, że jest to notka raczej w formie pamiętnika, mówiąca o tym, co ja widziałam i przeżyłam, a nie o tym jak zwykle to wygląda, bo tego to ja jeszcze nie wiem, opowiem Wam po pięciu kolejnych festiwalach, czy wszystkie wyglądają podobnie czy jednak się różnią. Dzisiaj opiszę tylko jeden mianowicie festiwal Running Shark w Pekinie.

Wiem, że są osoby, dla których koncerty i festiwale chodzą bardzo często, są tacy, którzy pojawiają się na takich imprezach od czasu do czasu i tacy, którzy na koncerty nie chodzą wcale. Osobiście lubię chodzić na koncerty tak często jak jestem w stanie (czyli na ile pozwala mi czas i fundusze, przede wszystkim fundusze). Gdy zobaczyłam informację o festiwalu Running Shark na terenie Pekinu i na plakacie zobaczyłam nazwisko Hua Chenyu, decyzję podjęłam bardzo szybko. „Muszę tam być!’ Byłam w Chinach już ponad dwa tygodnie i od tych dwóch tygodni codziennie planowałam iść założyć konto w chińskim banku i też codziennie odkładałam to na później. Bo byłam zbyt zmęczona, bo miałam już inne plany, bo żeby kupić jedzenie wystarczyła mi gotówka, a nic więcej do szczęścia na razie nie potrzebowałam. Ale gdy okazało się, że za bilety na koncerty można zapłacić tylko w formie elektronicznej, od razu założyłam buciki i podreptałam do banku, żeby po dwóch godzinach mieć już pieniążki na koncie i kupować bilet na festiwal. Typowa ja.

Sami więc widzicie, że moja decyzja była bardzo spontaniczna, zwłaszcza że:

1) nie miałam z kim na ten festiwal iść, a wiadomo, że na festiwale nie chodzi się samemu (chyba że jest się moim bratem…. albo jak się okazuje, również mną ^^’’), zwłaszcza gdy jest się w obcym kraju, nie zna się jeszcze zbyt dobrze ani miejsca ani języka (przypominam, że to dopiero mój trzeci tydzień w Chinach, co ja mogę wiedzieć po trzech tygodniach?) i jeszcze jest się jasną blondynką, która na kilometr rzuca się w oczy w tłumie samych Chińczyków.

2) festiwal był dość daleko, bo od mojego akademika ok. 80km najprostszą drogą (nie wiem, czy macie świadomość, ale Pekin ma prawie 17tys km kwadratowych powierzchni czyli np. więcej niż całe województwo małopolskie) i kończył się dość późnym wieczorem, więc nawet jeśli dojazd tam komunikacją miejską wydawał się wykonalny, to powrót mógł być naprawdę problematyczny (i był, ale o tym później).

Dlatego nie ukrywajmy, przed wyjazdem tam byłam trochę zdenerwowana, ale powiedziałam sobie, że jakoś to będzie, raz kozie śmierć, w końcu gorsze i bardziej stresujące sytuacje się przeżywało (dla przykładu co tygodniowe zajęcia z matematyki dyskretnej, nie polecam), a kolejnej szansy na zobaczenie swojego idola mogę już nie mieć.

Dlatego też w poniedziałek rano wpakowałam się w autobus miejski numer 26, którym podjechałam pod zachodnią bramę Renmin University, ponieważ doczytałam wcześniej, że organizatorzy festiwalu zapewnili autobusy, które mogły zawieść uczestników z kilku punktów w Pekinie prosto na miejsce koncertu. Przejazd w jedną stronę kosztował mnie 50, ale była to dość rozsądna cena, ponieważ dojazd komunikacją miejską kosztowałby mnie niewiele mniej pieniędzy, a dużo więcej stresu przez wszystkie przesiadki itp. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy w ogóle dałabym radę tam dojechać w ten sposób czy jednak w połowie drogi bym spasowała i zawróciła. Tak więc fakt, iż podstawione były specjalne autobusy, bardzo mnie cieszył. Jechaliśmy trochę ponad godzinę, przez okno autobusu podziwiając piękne krajobrazy miejskie, górskie, polne i czego tylko dusza zapragnie, by w końcu dotrzeć do miejsca festiwalu czyli 世界葡萄博览园 (International Grape Expo Garden), gdzie oprócz wielkiej sceny i atrakcji typowo festiwalowych, mogłam również podziwiać przepiękne winnice czy nie wiem, co to było, chyba właśnie winnice.

Znalazłam namiot, w którym wymieniłam mój elektroniczny bilet na wersję papierową, przeszłam przez kontrolę przy wejściu i tak, jestem w środku! Yey! 

Oczywiście byłam chyba jedyną cudzoziemką na całej imprezie, a przynajmniej tak mi się wydawało (może był ktoś jeszcze, ale nawet jeśli to po prostu nie widziałam). Chińczycy uśmiechali się do mnie, machali mi i nieśmiało mówili „Hello”, a ja uśmiechałam się do nich, odmachiwałam i odpowiadałam „Hello”. Nikt jednak nie miał za bardzo chęci/śmiałości, żeby do mnie podejść i powiedzieć coś więcej, a ja tym bardziej nie wiedziałam jak i kogo mogłabym zagadać, więc po prostu zaczęłam kręcić się po terenie imprezy sama.

I co mogę powiedzieć? Festiwal jak festiwal. Najpierw zawędrowałam do strefy gastronomicznej, w której sprzedawano różnego rodzaju przekąski oraz napoje. Chciałam spróbować kilku przekąsek, bo wyglądały całkiem apetycznie (oczywiście zupełnie inaczej niż u nas, ale tego chyba nawet nie musiałam pisać), ale akurat dopiero co jadłam i nie byłam głodna, a były dość drogie (25 za coś, co normalnie kosztuje jakieś 10), stwierdziłam, że wrócę później, ale jakoś później nie było na to czasu. Może następnym razem. Co do napojów, to bardzo podobało mi się, iż impreza była bezalkoholowa. Zapewne większość się ze mną nie zgodzi, bo przecież co to za festiwal muzyczny bez piwa? :O Ale serio, bardzo mi się to podobało. Można było kupić do picia wodę, herbatę, chyba kawę też, no i jakieś napoje typu cola, sprite itp, były one dość drogie, więc większość osób tak jak ja chodziło sobie z plastikowymi kubeczkami wypełnionymi zwykłą wodą. Dlaczego mi się to podobało? Well, jak w czasie koncertu ktoś kogoś szturchnie i wyleją na Ciebie piwo, to szczerze takiego człowieka nienawidzisz, a jak wyleją na Ciebie wodę, to tylko machniesz ręką, zaraz wyschnie. Plus to tylko dowód na to, że bez alkoholu również można się dobrze bawić.

Po wizycie w strefie gastronomicznej, skierowałam się w stronę miejsca z typowymi festiwalowymi straganami, gdzie można było zakupić koszulki z fajnymi napisami, zrobić sobie tatuaż z henny, kupić ręcznie robioną biżuterię i inne tego typu standardowe straganiki, myślę, że nie różniło się to specjalnie od tego, co zwykle widziałam w Polsce. Następnie poszłam do strefy, w której można było raz że obejrzeć różne modele starych/nietypowych aut (bo ten festiwal był trochę muzyczny, trochę motoryzacyjny? Albo samochody to była myśl przewodnia? Nie jestem tego pewna, nie chcę skłamać, mnie samochody akurat mało interesowały), a dwa że wziąć udział w najróżniejszych grach i zabawach, których część rozgryzłam po chwili obserwowania, ale części do tej pory nie wiem, o co w nich chodziło. W każdym razie wyglądało to dość fajnie i gdybym była z kimś, to na pewno wielu z nich bym chętnie spróbowała, ale samej to jakoś nie miałam ochoty.

Gdy znudziło mi się już kręcenie dookoła, stwierdziłam, że najwyższy czas udać się pod scenę czyli moje ulubione miejsce na każdej tego typu imprezie. Było wtedy jakoś po godzinie 15, bo występowała akurat Ceng Zhaowei, ale pod sceną już piknikowały sobie fanki Hua Chenyu (którego występ zaplanowany był na godzinę 19:40). I tak właśnie bym to nazwała, piknikiem. I w tym momencie nie chcę hejtować fanek HuaHua, bo w sumie sama nią jestem, myślę, że fanki wielu innych artystów mają podobną tendencję, że to bardziej kwestia kraju, ale po prostu w tamtym momencie strasznie mnie to denerwowało. Dziewczyny rozłożyły się pod sceną z kocykami, które naprawdę zajmowały sporo miejsca i nie byłam w stanie podejść bliżej sceny, chociaż w sumie nie było jeszcze zbyt wielu ludzi. I generalnie chyba nikomu nie wydało się to dziwne, tylko mnie, bo ja bym nawet o czymś takim nie pomyślała, żeby rozłożyć się z kocykiem pod sceną i jeść sobie tam, plotkować i generalnie nie przejmować się tym, co się dzieje na scenie, dopóki nie pojawi się artysta, dla którego się tu przyszło. Nie wiem, czy na każdym festiwalu tak jest, nie mam pojęcia, ale akurat na tym otaczało mnie morze czerwonych koszulek i banerów z Hua Chenyu, no i nie ukrywam, że moje pierwsze wrażenie było raczej negatywne, ale później stwierdziłam, że po prostu stanęłam sobie chyba w złym miejscu, bo dwa występujące zespoły później już nie wytrzymałam i cofnęłam się kilka rzędów dalej i tam też otaczały mnie fanki Chenyu, ale jakoś te wydawały się całkiem normalne, a tamte wcześniej były jakieś dziwne, well, jak w każdym fandomie, znajdą się różne typy ludzi.

Ale wracając do koncertów, bardzo podobało mi się to, że wszystko było na czas. Artysta wychodził na scenę o tej godzinie, o której miał wyjść według rozpiski, schodził ze sceny również w planowanym czasie. Nie było żadnych opóźnień, przesunięć, bisów, z tym ostatnim trochę szkoda czasem, ale mimo wszystko myślę, że to jednak dobra rzecz, bo przynajmniej nie martwiłam się, że spóźnię się na autobus, którym zamierzałam później wrócić. Z występujących artystów wcześniej znałam tylko Chenyu, ale dobrze bawiłam się również podczas pozostałych występów, szczególnie zapadł mi w pamięć zespół 新裤子 (New Pants), który grał coś na pograniczu popu, rocka i punka czyli generalnie bardzo moje klimaty, jakby ktoś był zainteresowany to polecam, chociaż jak dla mnie na żywo brzmieli o niebo lepiej niż na nagraniach. Na innym zespole zobaczyłam też coś, czego zdecydowanie nie spodziewałam się tam zobaczyć czyli… pogo! Co prawda nie na taką skalę, jak przyzwyczaiłam się to widzieć na koncertach w Polsce, ale jednak byłam zaskoczona, że w ogóle coś takiego tutaj przeszło, szczerze. Chociaż oczywiście niektóre dziewczyny w pierwszych rzędach zaczęły od razu wzywać ochronę, ale chyba ochrona nie uznała za stosowne reagować akurat w tamtym momencie. Chociaż później zareagowała na coś innego, nie wiem dokładnie co, bo to było po drugiej stronie od miejsca, gdzie stałam, więc nie za bardzo widziałam, a nie chcę skłamać. W każdym razie nie wiem, czy już o tym wspomniałam, ale ochrony wszędzie było mnóstwo, więc jakby ktoś sprawiał większe kłopoty, jestem pewna, że reakcja byłaby natychmiastowa.

Ostatni występ, na jakim byłam to występ, dla którego tu przyjechałam, czyli Hua Chenyu! [w tym momencie zaczynają się wyznania fangirla, jeśli nie chcecie tego czytać, możecie przejść od razu do następnego akapitu] W momencie, gdy poprzednia artystka zeszła ze sceny, wokół mnie momentalnie zrobiło się czerwono, gdy wszystkie fanki wyciągnęły swoje lightsticki i generalnie temperatura od razu skoczyła, haha. Pierwsza piosenka, którą zaśpiewał Chenyu, to było „我管你” czyli chyba najpopularniejsza jego piosenka, jednocześnie chyba moja ulubiona. Ludzie skakali, śpiewali razem z nim, w końcu poczułam się jak na prawdziwym koncercie (wcześniej po prostu nie stałam między fanami danego zespołu, więc to uczucie nie było kompletne) i to było naprawdę super uczucie. Btw. bardzo podoba mi się to, że na tych wielkich ekranach przy scenie nie tylko pokazują na bieżąco to, co dzieje się na scenie, ale również wyświetla się tekst piosenki, więc momentami nawet ja byłam w stanie śpiewać razem ze wszystkimi, nawet jeśli mój chiński wciąż nie jest zbyt dobry. Chenyu zaśpiewał później jeszcze piosenkę „”, która jakoś nigdy wcześniej nie przykuła mojej uwagi, ale w tamtym momencie po prostu się zakochałam, zresztą podobnie w piosence „蜉蝣”, która w tym momencie jest chyba moją ulubioną, serio, od tamtego wieczoru. W międzyczasie oczywiście trochę sobie pogadał i mimo że rozumiałam połowę z tego, jak nie mniej, to i tak zaczęłam się tam rozpływać, fan girl mode on i w ogóle, możecie sobie to wyobrazić. Bardzo podobało mi się też to, jak fanki zaśpiewały piosenkę dla niego, niestety nie mogłam śpiewać z nimi, bo nie wiedziałam co, ale chórek brzmiał naprawdę dobrze i jakbym była na jego miejscu, to pewnie by mi się ciepło na serduszku zrobiło. Strasznie podobało mi się też, jak przy piosence „烟火里的尘埃” trochę śpiewał Chenyu, a trochę pozwalał śpiewać fanom i nawet fanom to śpiewanie wychodziło, tylko czasem gubili się z rytmem i później HuaHua stwierdził, że my się myliliśmy, to on też źle zaczął śpiewać, cóż, zdarza się :’’D Poza utworkami, o których już mówiłam zaśpiewał chyba jeszcze z trzy inne utwory, raczej te mocniejsze, z czego ostatni to było moje najukochańsze“齐天大圣” i przysięgam, dopóki nie usłyszałam na własne uszy Chenyu śpiewającego „跟我一起放纵” i nie zobaczyłam na własne oczy, jak robi te charakterystyczne ruchy rękami przy tym, to nie wiedziałam, że właśnie po to tam przyjechałam, ale jak to usłyszałam i zobaczyłam, to już wiedziałam, że właśnie dla tego momentu tam przyjechałam i że przyjazd tutaj wart był wszystkiego <3 Generalnie na podsumowanie całego tego mini-koncertu, miałam w głowie tylko jedno zdanie powtarzane przez wszystkie fanki dookoła, mianowicie „他很帅啊!” Okej, koniec wyznań fangirla, przepraszam za pisanie tytułów w znakach, ale nie znam ich angielskich wersji, a pewnie w Google sobie to prędzej znajdziecie niż ja w baidu.

Playlista z fancamami z koncertu Chenyu <3

Ok., to teraz wróćmy do dalszego opisu wycieczki…

Po występie Chenyu był jeszcze wystep Li Yuchun, który w sumie też mnie interesował, ale niestety nie za bardzo mogłam sobie pozwolić na to, żeby zostać dłużej, bo jednak przed północą musiałam wrócić do akademika, a czekał mnie jeszcze kawałek drogi do pokonania. Dobra wiadomość była taka, że autobusy festiwalowe jeździły również w drugą stronę, więc mogłam wrócić którymś z nich. Zła natomiast była taka, że nie miałam pojęcia, gdzie te autobusy parkowały, bo tam, gdzie wysadziły nas wcześniej, to niestety ich nie było, przez co poczułam się bardzo zagubiona. Mój pierwszy odruch, to było zapytać kogoś z obsługi festiwalu, w zasięgu wzroku nie było jednak nikogo, kto wyglądał na typową informację czy coś w tym stylu, widziałam tylko uczestników, no i panów z ochrony. Widziałam, że kilka osób podeszło do panów z ochrony o coś spytać, więc pomyślałam, że też mogę spróbować. Podeszłam do panów i ledwie zdążyłam otworzyć usta już zdążyłam usłyszeć, że oni nie rozumieją. Cholera, jeszcze przecież nic nie powiedziałam! Wkurzyłam się, serio, bo hello, ja wiem, że mój chiński nie jest jakiś super, ale ułożyć tak proste zdanie jak „czy wiecie, skąd odjeżdżają autobusy do…?” to jednak chyba potrafię, i nawet jeśli moje tony nie są idealne, to myślę, że byłabym wystarczająco zrozumiała, gdyby dali mi szansę, żeby chociaż to pytanie wyartykułować. Ale nie, bo po co? Skoro cudzoziemka, to na pewno chce mówić do nich po angielsku i na pewno jej nie zrozumieją, po co nawet próbować, phi. Nie lubię tak ograniczonych ludzi, naprawdę. Na szczęście kolejna próba dowiedzenia się, gdzie właściwie mam iść, okazała się bardziej udana, bo tym razem po prostu zaczepiłam jakichś przypadkowych ludzi, którzy również wracali z koncertu. Okazało się, że trafiłam na jakąś małą grupkę fanek Chenyu i mimo że żadna z dziewczyn nie mówiła po angielsku, a mój chiński jest jaki jest (a w związku z tym, że byłam zestresowana, zmęczona i zmarznięta, był jeszcze gorszy niż zwykle), to jakoś bez problemu dowiedziałam się, że one też wracają tam gdzie ja i żebym po prostu poszła z nimi i wszystko będzie okej. No to poszłam. Znalezienie autobusu okazało się nie być takie proste nawet z ich pomocą, więc wiem, że zdecydowanie nie poradziłabym sobie sama, nie ma w ogóle takiej opcji. Na szczęście nie byłam sama. W drodze do autobusu i podczas godzinnej jazdy autobusem rozmawiałam z dziewczynami, oczywiście po chińsku, trochę o koncercie, trochę ogólnie o wszystkim, były bardzo zdziwione tym, że ktoś zza granicy zna i lubi Chenyu, a jeszcze bardziej, kiedy powiedziałam im, że nie jestem jedyną taką osobą i tylko wśród moich znajomych znalazłoby się co najmniej kilka osób, które z chęcią znalazłyby się na moim miejscu. Gdy dojechaliśmy do centrum Pekinu, okazało się, że trafiłyśmy akurat na ślepą godzinę, czyli ten moment, gdy metro/autobusy dzienne już nie jeżdżą, a autobusy nocne jeszcze nie jeżdżą. Nie za bardzo wiedziałam więc, jak wrócić do akademika, ale na szczęście dziewczyny pomogły mi zadzwonić po taksówkę i wytłumaczyły panu kierowcy, gdzie dokładnie ma mnie zawieźć, więc ostatecznie dotarłam na miejsce cała i zdrowa, przez przypadek pokonując jedną z moich największych fobii czyli właśnie strach przed samotnymi podróżami taksówką, i to jeszcze chińską taksówką.

Więc… tak, to by było na tyle, taka podróż. Wiem, że dla wielu osób może się to wydać takie, phi, co to takiego, dzień jak co dzień, natomiast ktoś inny stwierdzi, że zwariowałam, że porwałam się na taką wyprawę sama i bez wystarczającej znajomości języka. Ale nieważne, co powiecie, ja wiem jedno: naprawdę tego dnia potrzebowałam. Potrzebowałam tej muzyki, która dała mi poczuć, że żyję, potrzebowałam wysiłku poświęconego na rozkminianie znaczków, żeby dowiedzieć się jak w ogóle tam dotrzeć i jak stamtąd wrócić (bo oczywiście na stronie były wszystkie potrzebne informacje, tyle że w formacie jpg, więc nie dało się nawet przekopiować tekstu), potrzebowałam konwersacji z poznanymi przypadkiem Chinkami, która przełamała jakąś barierę językową w mojej głowie i dała mi poczuć, że to, co mówię po chińsku, jest jednak zrozumiałe nie tylko dla nauczycieli, ale też dla normalnych ludzi, o ile tylko zechcą mnie posłuchać. Przed tamtym wypadem nawet do nauczycieli wolałam mówić po angielsku niż po chińsku, za to teraz nie mam problemu z tym, żeby przedstawić swój problem czy zadać pytanie. I to nie jest kwestia tego, że wiem więcej z chińskiego, bo tak naprawdę mam wrażenie, że zapomniałam wiele słów, które znałam i wiem teraz nawet mniej niż powiedzmy w czerwcu. Ale jednak jakiś przełącznik w mojej głowie w końcu przeskoczył i w końcu zaczynam tego języka używać w życiu a nie tylko na lekcjach. Bo przecież właśnie po to tutaj przyjechałam, prawda?

Jeśli dotarliście do końca tego wywodu, gratuluję, teraz możecie mi powiedzieć, że jestem wariatką, albo psychofanką, albo cokolwiek chcecie ;p A jeśli chcecie, żebym opowiedziała Wam jeszcze o czymś związanym z moim pobytem w Chinach, nie bójcie się pytać, chętnie podzielę się swoimi wrażeniami, mimo że oczywiście nie jestem tu jeszcze długo, więc wiadomo, jak bardzo (nie)rozległa jest moja wiedza. Ale coś tam wiem i wiem, że moje podejście różni się od podejścia wielu ludzi, bo jak czytam niektóre polskie blogi dotyczące życia w Chinach, czy oglądam vloga Weroniki T. to czasem (nie zawsze, w wielu przypadkach się z nimi zgadzam) mam wrażenie, że Chiny, o których oni mówią i Chiny, w których ja mieszkam, to jednak zupełnie inne miejsce. Ale pewnie to po prostu kwestia punktu widzenia, w końcu każdy patrzy na świat trochę inaczej i właśnie dlatego ten świat jest taki ciekawy ;)

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego dnia! :D

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: