[OPOWIADANIE] Za wcześnie na łzy – 01 – Trudne początki

Cześć wszystkim! W końcu udało mi się siąść i napisać tą notkę. Zajęło mi to dłużej niż myślałam, ale to chyba dlatego, że pierwszego dnia Chiny mnie przytłoczyły i właściwie chyba jeszcze nie do końca doszłam do siebie. Dzisiaj mam dla Was dalszy ciąg opowiadania, w którym główna bohaterka przeżywa mniej więcej to, co ja przeżywałam pierwszego dnia. Prawie, bo ja jeszcze miałam dwa problemy więcej, ale to już sobie odpuściłam. Jak teraz to czytam, to nie wydaje się to aż takie straszne, ale wtedy miałam wrażenie, że świat mi się wali, chciałam wsiąść w pierwszy samolot powrotny do Polski, zakopać się pod kołderką w moim własnym łóżku i już nigdy stamtąd nie wychodzić. Ale jakoś przetrwałam, już jest okej, w miarę, będę Wam na bieżąco zdawać relację z podróży, zaczynając od trudnych początków, a kończąc… well, jeszcze sama nie wiem na czym. Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia, bo u mnie już w sumie noc, ale u Was chyba jeszcze w miarę wcześnie ;p

Byłam w Pekinie zaledwie parę godzin, a już marzyłam tylko o tym, żeby wrócić do domu, do swojego łóżka i żeby nigdy więcej nie wybierać się nigdzie za granicę. Co mi w ogóle do łba strzeliło, żeby rzucać się na tak głęboką wodę? Bałam się, że zanim nauczę się pływać, to zdążę zwyczajnie utonąć.

Na początku nie było tak źle, samolot przyleciał o czasie, no, może z piętnastominutowym opóźnieniem, ale przy tak długich trasach nie robiło to zbytniej różnicy. Gdy zobaczyłam lotnisko w Pekinie, byłam zachwycona. Było ogromne, większe niż jakikolwiek budynek w jakim byłam w całym swoim życiu. I piękne. Sufity były szklanymi kopułami, do których chyba przyczepione było coś, co w nocy musiało błyszczeć jak gwiazdy, mogłam sobie wyobrazić, że wtedy wygląda to jeszcze piękniej. Nie miałam jednak czasu, by się nad tym zachwycać, bo szybko pojawił się pierwszy problem. W sumie nie do końca problem, ale coś, na co musiałam zwrócić uwagę bardziej niż piękno otoczenia – maszyny do pobierania od obcokrajowców odcisków palców. Nie że się tego nie spodziewałam, ale i tak poczułam się lekko zaskoczona. Podeszłam do jednej z nich i zaczęłam wykonywać instrukcje… przyłóż paszport, połóż cztery palce lewej ręki, połóż cztery palce prawej ręki, połóż dwa kciuki…. Okej, dziękujemy, tutaj masz papierek, gdzie masz dalej iść.

No więc poszłam.

W następnym punkcie wycieczki musiałam już stać w kolejce, dość długiej, ale na szczęście dość szybko się poruszała. Okienek było dużo i w każdym było tak, że jedna osoba była przy okienku, a druga czekała na swoją kolej metr za nią. Gdy od jednego z okienek ktoś odszedł, zostałam poinstruowana przez pracownika lotniska, by stanąć metr za kolejną osobą, która właśnie podeszła się wylegitymować. Po chwili ja również podeszłam do okienka, pokazałam paszport, zczytali moje odcinki palców, stwierdzili, że ja to ja, wbili pieczątkę w wizę i puścili dalej czyli póki co szło dobrze, bo tak naprawdę bałam się, że mogą mi robić problemy. Na zdjęciach w dokumentach (w tym również w paszporcie) wyglądałam zupełnie inaczej niż w rzeczywistości i już w polskich pociągach czasem się o to czepiali, więc bałam się, ze tu tym bardziej. Ale widocznie niepotrzebnie.

Idąc za strzałkami, dotarłam do czegoś co wyglądało jak… stacja metra? Coś w tym stylu. Na tablicy pisało, że aby odebrać bagaże, muszę dojechać kolejką do terminalu 2, co wydało mi się dziwne, ale nie widziałam za bardzo innej możliwości. Razem z tłumem innych podróżujących wcisnęłam się do niedużego wagonu, którym jechałam około trzech, może czterech minut. Gdy wysiadłam, również za tłumem skierowałam się w stronę miejsca, gdzie na taśmę powoli wysypywały się już bagaże należące do moich współtowarzyszy lotu. Ale nie mój, przynajmniej na razie nie widziałam żadnej z moich dwóch walizek. Widziałam za to mnóstwo podobnych i po raz kolejny skarciłam się w myślach za to, że postawiłam na oszczędność i kupiłam takie w typowym czarnym kolorze zamiast czegoś jaskrawego, co od razu rzuciłoby się w oczy. Cóż, mam nauczkę na przyszłość, następnym razem zainwestuję trochę więcej, choćby tylko po to, żeby zaoszczędzić sobie tych kilkunastu, a może i kilkudziesięciu minut ciągłych skoków ciśnienia, gdy na przemian cieszyłam się, że widzę swoją walizkę, a po chwili uświadamiałam sobie, że to jednak nie moja. Gdy już zaczynałam się bać, że moje bagaże zaginęły w akcji, któraś z pięknych czarnych walizek okazała się być tą moją. W końcu. Przynajmniej jedna. Będę się miała w co ubrać jutro. Uff…. Po paru kolejnych minutach mój wzrok odnalazł również kolejną czarną walizkę, tym razem bardziej rozpoznawalną, bo z naklejoną na nią nalepką z logo mojego ulubionego zespołu. A przynajmniej ulubionego tych kilka lat temu, gdy ją kupowałam. Teraz niby dalej ich słuchałam, ale starych utworów, tych nowych już nawet nie znałam. No ale mniejsza o to. Ważne, że byłam cała i miałam bagaże.

Co dalej…

Rozejrzałam się niepewnie dookoła, próbując w myślach ułożyć sobie plan tego, co powinnam teraz zrobić. Muszę kupić kartę telefoniczną, a później dostać się jakoś na kampus. W strefie bagażowej zobaczyłam stoisko z kartami telefonicznymi, ale były przy nim straszne kolejki, a poza tym nie miałam przy sobie chińskich pieniędzy, więc stwierdziłam, że wyjdę do głównej hali i tam pójdę do bankomatu, a potem kupię kartę, w końcu powinny tam być jakieś sklepy. Poza tym przecież ktoś mnie miał z tego lotniska odebrać, więc ten ktoś mógłby mi też pomóc z pierwszymi zakupami. Z tą myślą skierowałam się do wyjścia, ciągnąc za sobą moje dwie duże walizki. Po przejściu przez ostateczną kontrolę bezpieczeństwa, zaczęłam rozglądać się po ludziach, którzy przyszli odebrać kogoś z samolotu. Większość z nich miało kartkę z napisanym na niej nazwiskiem osoby, po którą przyszli. Na żadnej jednak nie było mojego imienia, ani polskiego, ani chińskiego… Spóźni się? Czy w ogóle nie przyjdzie? Znalazłam jakąś ławkę i już siedząc na niej, podjęłam próbę połączenia się z lotniskową siecią wi-fi. Udało się. Co prawda musiałam się do niej zalogować przez konto na wechacie, ale udało się. I oczywiście ledwo się zalogowałam, pierwsze powiadomienie, jakie zobaczyłam, to wiadomość od osoby, która teoretycznie miała tu na mnie czekać. Z informacją, że wyskoczyło jej coś pilnego i nie może po mnie przyjechać na lotnisko, ale jak już będę na kampusie, to żebym dała znać, to pomoże mi przejść przez formalności…. A-ha…. Na chwilę zawiesiłam się nad telefonem, nie wiedząc, co odpisać, ostatecznie nie odpisałam nic, tylko najpierw zaczęłam się rozglądać za jakimś punktem, gdzie można by kupić kartę SIM. Bo jak nie będę miała Internetu, to na pewno nie będę w stanie się z nim skontaktować. I za bankomatem, bo żeby cokolwiek kupić lub gdziekolwiek się dostać, najpierw potrzebowałam na to pieniędzy.

Na szczęście bankomat znalazłam szybko, wyciągnęłam z niego 300 juanów, na dzisiaj powinno wystarczyć, na koncie zostało mi jeszcze drugie 300, miałam nadzieję, że dostaniemy stypendium w miarę szybko, bo za parę dni nie będzie mnie już nawet stać na jedzenie.  Ze zdobyciem karty telefonicznej poszło mi gorzej, dużo gorzej. Przeszłam się wzdłuż całej hali lotniska kilkakrotnie, ale nie znalazłam żadnego sklepu sprzedającego takie rzeczy, spytałam w kilku sklepikach ze wszystkim, w końcu w takich miejscach też sprzedają czasem karty, jednak bez skutku. Ostatecznie zostało mi jeszcze spróbować skorzystać z automatu do wydawania kart, który jednak okazał się być akurat zepsuty. Dlaczego? Dlaczego miałam takiego pecha? Powinno tu być więcej takich maszyn! Albo jakiś napis w strefie bagażowej, że jak chcesz kupić kartę, to musisz zrobić to tam, bo później już nie będzie okazji, ugh, gdybym wiedziała, to kupiłabym ją wcześniej, ale nie wiedziałam, teraz nie mogłam się już tam wrócić. Nie wiedziałam, co robić. Chciałam do miasta jechać metrem, ale bez Internetu w telefonie po prostu się bałam, nie znałam tego miasta, a wiedziałam, że musiałabym się przesiadać przynajmniej dwa razy. Z GPSem w telefonie dałabym sobie rady, ale bez łącza internetowego, z dwoma wielkimi walizkami i w godzinach szczytu? Wolałam nie ryzykować. Została mi więc tylko taksówka, która zawiezie mnie pod samą bramę uniwersytetu. Hopefully.

Wzięłam swoje walizki i zeszłam na najniższy poziom, gdzie według oznaczeń znajdował się postój taksówek. Jakaś sympatyczna pani podeszła do mnie i spytała, gdzie chcę jechać. Po chińsku. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, mój mózg jeszcze nie przestawił się na ten język, jednak gdy powtórzyła pytanie, wydusiłam z siebie nazwę uniwersytetu, adresu nie pamiętałam, ale nazwa wystarczyła. Później spytała mnie o coś jeszcze, ale tego już nie zrozumiałam, więc jedyne, co byłam w stanie powiedzieć, to pytanie, czy mogłaby mówić po angielsku. Na szczęście mogła. Dowiedziałam się, że podróż taksówką będzie mnie kosztowała 150 kuai (znaczy juanów) i muszę zapłacić teraz, plus dodatkowo muszę mieć 10 kuai przy sobie, żeby dać później kierowcy. Po co? Nie miałam pojęcia, ale nie miałam siły się dopytywać. 10 juanów to jakieś 5 złotych,  byłam w stanie wydać tyle bez zastanawiania się na co. Gdy przytaknęłam, że rozumiem, pani dała mi do podpisania jakiś kwitek, wzięła ode mnie pieniądze i wcisnęła mi do ręki jakąś kartkę, którą miałam dać kierowcy, prawdopodobnie z zapisanymi na niej szczegółami podróży. Następnie zaprowadziła mnie do czekającej już na postoju taksówki, pan taksówkarz spakował moje walizki do bagażnika, ja zapakowałam się na tylne siedzenie razem z bagażem podręcznym. Po chwili dowiedziałam się też, na co było to 10 kuai, gdy natknęliśmy się na bramki i przejazd przez nie właśnie tyle kosztował, ok, wszystko jasne. Kierowca taksówki był całkiem sympatyczny, próbował zagaić rozmowę, pytając skąd jestem, czy to mój pierwszy raz w Chinach, takie rzeczy, na te proste pytania odpowiedziałam, ale później zaczął mnie pytać o rzeczy, których nie rozumiałam, wiedziałam tylko, że to pytania dotyczące mojego kraju, ale czego konkretnie dotyczyły, to już była dla mnie zagadka, więc tylko kręciłam głową, powtarzając w kółko jeden zwrot: „ting bu dong” (听不懂) czyli że po prostu „nie rozumiem”.  Pan się jednak nie poddawał i za pomocą tłumacza na telefonie jeszcze raz spróbował przekazać mi to, o co pytał wcześniej. Z angielskim tłumaczeniem było prościej, ale naprawdę byłam zbyt zmęczona na rozmowę, więc dawałam jedynie krótkie odpowiedzi, że tak albo nie, albo że nie wiem. Chyba w końcu dotarło do niego, że nie mam zbytniej ochoty na rozmowę i resztę podróży spędziliśmy w ciszy. Po jakiejś godzinie jazdy w końcu zobaczyłam bramę prowadzącą na kampus mojego uniwersytetu, więc gdy tylko taksówka się zatrzymała, od razu wysiadłam, zabrałam swoje walizki, podziękowałam grzecznie i nawet nie czekając, aż odjedzie, zaczęłam sprawdzać telefon, w poszukiwaniu jakiegoś wi-fi, z którym mogłabym się połączyć, żeby skontaktować się z chłopakiem, który miał mi pomóc. Oczywiście lista dostępnych wi-fi była długa, jednak każde z nich wymagało hasła, którego ja nie znałam. Nie miałam więc wyboru, musiałam radzić sobie sama.

Łatwiej jednak powiedzieć niż zrobić. Mapa kampusu, którą nam wysłali, była tak niedokładna, że nie umiałam nawet znaleźć budynku, w którym podobno miałam się zakwaterować. Kręciłam się w kółko w okolicy miejsca, w którym powinien być, ale żaden z tych budynków nie wyglądał na ten właściwy. W końcu byłam tak zdesperowana, że zaczepiłam jakieś przechodzące obok Chinki i spytałam, czy mogłyby mi pomóc. Na szczęście okazały się bardzo sympatyczne, jedna z nich pomogła mi dźwigać walizkę, druga wskazywała właściwą drogę. Zaprowadziły mnie pod odpowiednie drzwi, gdzie o dziwo, spotkałam Polaka, który miał mi pomóc i z którym nie mogłam się skontaktować wcześniej. Gdy dziewczyny zobaczyły, że ma mnie kto przejąć, pożegnały się ze mną, a ja jeszcze raz bardzo im podziękowałam, bez nich na pewno nie dałabym sobie rady.

– Nie wiedziałem, kiedy i gdzie dokładnie będziesz, więc stwierdziłem, że poczekam tutaj, bo i tak w końcu musiałabyś tu dotrzeć – wyjaśnił mój nowy kolega, na co tylko skinęłam głową, nie miałam siły mówić.

Gdy przyszło do załatwiania formalności, cieszyłam się, że chociaż teraz był ze mną, bo gdy panie za biurkiem zaczęły mi coś wyjaśniać, nie rozumiałam absolutnie nic. Znaczy pojedyncze słowa, ale nie sklejało mi się to nijak w jakąkolwiek większą całość, więc co chwilę tylko patrzyłam na niego, prosząc o tłumaczenie, bo od razu zorientowałam się, że jego chiński jest na dużo wyższym poziomie niż mój.  Okazało się, że w związku z tym, że jestem tu za wcześnie, to za dwa dni przed rejestracją muszę dodatkowo zapłacić, jeśli chcę przez ten czas mieszkać w akademiku. Okej, brzmi logicznie, kosztowało mnie to 100 kuai, znaczy w portfelu zostało mi jeszcze 40, niezbyt wiele. Gdy ostatecznie dostałam kwitek z informacją, w którym akademiku będę mieszkać, udaliśmy się w tamtym kierunku. W recepcji akademika znowu wpadłam w stan pod tytułem „nie mam pojęcia, co do mnie mówicie, zgadzam się na wszystko, tylko powiedzcie mi już, gdzie mogę dać te bagaże”. Okazało się jednak, że aby dostać kartę do pokoju, potrzebuję zapłacić 50 kuai, których po prostu w tym momencie nie miałam. Na szczęście mój kolega (bo ja bym w tym momencie nie umiała), poprosił panie, żebym mogła zostawić  najpierw bagaże, a później iść do bankomatu po pieniądze. Zgodziły się. Zaprowadziły mnie do pokoju, gdzie zostawiłam bagaże, wzięłam tylko małą torebkę, w której miałam portfel i inne dokumenty i wróciłam do mojego towarzysza, który zadeklarował się, że zaprowadzi mnie do banku, gdzie mogę wybrać pieniądze, a później do sklepiku, gdzie kupię sobie chińską kartę SIM. Bankomaty na szczęście na całym świecie działają na podobnej zasadzie, więc bez większych problemów wyczyściłam konto ze wszystkich pieniędzy, jakie mi jeszcze zostały. Teraz miałam jedynie 340 juanów w gotówce, musiało mi wystarczyć do momentu, w którym dostanę stypendium. Z kartą poszło nieco gorzej, bo znów nie rozumiałam absolutnie nic z tego, co mi tłumaczono. Czasem po polsku mam problem ze zrozumieniem ofert, jakie mi proponują w takich punktach, a co dopiero po chińsku. Tym bardziej, że mój kolega również wydawał się zagubiony, więc ja tym bardziej nie miałam szans tego ogarnąć. Ostatecznie wzięłam po prostu to, co mi proponowano, nie mam pojęcia, co dokładnie, mam nadzieję, że później będę mogła jakoś sprawdzić, jaki mam limit danych internetowych i inne tego typu rzeczy. Ale tym będę martwić się później, teraz ważne jest to, że w ogóle jakiś internet mam i że generalnie mam jak chociażby sprawdzić drogę. Zapłaciłam za to 200 kuai, kolejne 50 poszło na kartę do pokoju, zostało mi 90 na życie, well, słyszałam, że jedzenie tu nie jest drogie, może przetrwam…

Może…

W tym momencie nie wiedziałam już nic, wszystkie napisy, wszystkie regulaminy były w chińskich znakach, podpisywałam coś i nawet nie wiedziałam, co podpisuję, ludzie coś mi tłumaczyli, zadawali pytania, a ja nie umiałam odpowiedzieć, nie wiedziałam, gdzie jestem i nawet jeśli ktoś cały czas był ze mną, to i tak czułam się całkowicie samotna i zagubiona. Chciało mi się teraz tylko dwóch rzeczy – spać i płakać. Powstrzymałam jednak łzy, stwierdzając, że sen jest póki co lepszą opcją. Może jestem po prostu zmęczona. Może kiedy się obudzę, będzie lepiej? Chociaż trochę? Może… Miałam taką nadzieję. Gdy wróciłam do pokoju, nie miałam nawet siły szukać w walizce mojego koca, przykryłam się po prostu bluzą, którą nosiłam podczas nocnego lotu, a zamiast poduszki użyłam torebki, stwierdzając, że później będę się zastanawiać nad tym, skąd mogę wziąć jakąś normalną pościel. Teraz potrzebowałam tylko snu. Dużo snu.

Bezgłośnie modliłam się tylko o jedno.

Żebym po przebudzeniu czuła się chociaż trochę lepiej.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: