[OPOWIADANIE] Za wcześnie na łzy – 00 – Prolog

Cześć wszystkim :) Tak jak wspominałam już w ostatniej notce, postanowiłam zacząć pisać opowiadanie, żeby podczas pobytu w Chinach nie zapomnieć całkiem języka polskiego ;p Będzie to historia polskiej studentki na stypendium w Pekinie, czyli generalnie będzie osadzone w rzeczywistości, w jakiej spędzę najbliższy rok. Będzie to dłuższe opowiadanie, rozdziały będą pojawiać się w miarę regularnie, prawdopodobnie co tydzień, ale to jeszcze powiem na pewno, jak już będę znała swój plan zajęć itp. Dzisiaj mam dla Was krótki wstęp, żebyście wiedzieli w jakim stylu mniej więcej zamierzam pisać. Jeśli Wam się podoba, lajkujcie, komentujcie, podawajcie dalej… Przy notkach z tłumaczeniami nie sępię o komentarze, ale przy opowiadaniach naprawdę lubię poczytać Wasze opinie, dzięki nim wiem, na co powinnam bardziej zwrócić uwagę przy pisaniu kolejnych rozdziałów :P Pierwszy rozdział właściwy pojawi się jakoś w pierwszym tygodniu września, kiedy już będę w Chinach, i na pewno opiszę w nim pokrótce procedurę rejestracji na uczelni itp. Jak wiecie, nie jestem zbyt dobra w pisaniu notek typowo podróżniczych, ale chciałabym Wam przekazać jak najwięcej ciekawostek kulturowych właśnie za pośrednictwem tego opowiadania fabularnego. Mam nadzieję, że polubicie główną bohaterką i że będziecie jej towarzyszyć w odkrywaniu wszystkich plusów i minusów życia w Pekinie :)

Prawie pisnęłam z ekscytacji w momencie, gdy samolot oderwał się od ziemi. Starałam się nie okazywać tego, jak bardzo jestem zachwycona, ale byłam pewna, że gdyby ktoś tylko na mnie spojrzał, zobaczyłby, jak błyszczą mi oczy. Nic dziwnego. To był pierwszy raz, kiedy gdzieś leciałam. Mój pierwszy raz w samolocie. Pierwsza tak daleka podróż. Pierwszy raz, gdy czułam się naprawdę wolna.

Przed wylotem kilka osób spytało mnie, czy nie boję się lotu. Nie, nie bałam się. Czego miałabym się bać? Katastrofy lotnicze są bardzo nagłaśniane, ale generalnie nie zdarzają się zbyt często. Z moimi  nawykami jako kierowcy, dużo bardziej prawdopodobny byłby tragiczny wypadek samochodowy. O moim szczęściu, a raczej jego braku, można by powiedzieć wiele, ale chyba nie było aż tak źle, żeby pierwszy samolot, do którego wsiądę, od razu wpadł do oceanu, bez przesady.

Te same albo inne osoby pytały, czy nie będę tęsknić za domem, skoro lecę tak daleko, na tak długo? Odpowiedź była taka sama. Nie, nie będę. Po pierwsze, rok to wcale nie tak długo, ledwo zdążę się przyzwyczaić do życia tam i zaraz będę musiała wracać. Po drugie, może Chiny, do których leciałam i Polska, gdzie zostawała moja rodzina, faktycznie były daleko od siebie, ale dla mnie i tak wciąż za blisko. Tych kilku najbliższych znajomych, którzy wiedzieli o mojej podróży, chyba nie zdawało sobie sprawy z tego, dlaczego właściwie się na nią zdecydowałam. Byli pewni, że to dlatego, że chcę poznać inny kraj, nauczyć się języka, zwiedzić trochę świata. I oczywiście chciałam tego wszystkiego. Jednak głównym czynnikiem, który wpłynął na moją decyzję, był fakt, że chciałam uciec. Chciałam uciec od rodziny, od tak zwanych przyjaciół, od wszystkich obowiązków i oczekiwań, które przygniatały mnie w moim rodzinnym kraju.

Bo tak się składa, że byłam na skraju załamania nerwowego.

Co prawda przy innych udawałam, że wszystko jest okej, ale tak naprawdę miałam dość wszystkiego. Ktoś inny w mojej sytuacji szukałby pomocy psychologa, ktoś jeszcze inny szukałby ukojenia w alkoholu, ktoś mógłby nawet próbować się okaleczyć. Ja wybrałam podróż. By uciec od wszystkiego, co zabijało mnie dzień po dniu, postanowiłam wyjechać. Im dalej, tym lepiej. Gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna. Gdzieś, gdzie mogłabym zacząć nowe życie, albo przynajmniej zrobić sobie dłuższą przerwę od tego, które miałam.

Chiny nadawały się do tego celu idealnie. Zwłaszcza że faktycznie podobał mi się tamtejszy język, a rząd chiński dawał całkiem przyzwoite stypendia obcokrajowcom, którzy wystarczająco poważnie podchodzili do jego nauki. Coś idealnie dla mnie, bo bez takiego wsparcia nie byłabym w stanie wyjechać nigdzie. Moja rodzina co prawda do biednych nie należała, ale nie należała też do bogatych. Nie stać by ich było, by opłacić mi taką podróż, nawet jeśli ośmieliłabym się o to poprosić. A prosić na pewno nie zamierzałam. Odkąd tylko skończyłam liceum, chciałam być od nich niezależna. Pracowałam dorywczo, by zarobić na czynsz, uczyłam się po nocach, by zdobyć choćby niepełne stypendium naukowe, za które mogłabym kupić jedzenie. Na podróże już nie wystarczało.

Ale jeśli wymyśliłam sobie, ze dostanę stypendium, to nic nie było w stanie mnie powstrzymać. W końcu co do za sztuka, żeby w rok nauczyć się chińskiego na tyle, by przekonać ludzi rozpatrujących aplikację, o mojej niezmierzonej ambicji oraz miłości do języka i kultury chińskiej? Cóż, tak naprawdę nie było to wcale łatwe, i szczerze mówiąc, nadal nie czułam, bym znała ten język nawet na tym poziomie, o jakimś świadczył posiadany przeze mnie certyfikat. Bo nie oszukujmy się, nauka na egzaminy to jedno, a wykorzystywanie posiadanej wiedzy w praktyce, to drugie. Nie wiedziałam, czy będę w stanie chociaż odnaleźć się na lotnisku, chociaż miałam nadzieję, że akurat tam jakieś drogowskazy będą też w języku angielskim. No i jakoś musiałam dostać się na kampus, co też nie było takie łatwe. Co prawda prosiłam kogoś z uczelni, żeby wyszedł po mnie na lotnisko i jak rozmawiałam z nim tydzień temu, to wszystko było okej, ale jak pisałam do niego dzisiaj rano, to nie doczekałam się odpowiedzi, więc nie miałam pojęcia, czy mimo wszystko po mnie przyjedzie, czy będę musiała sobie radzić sama.

A jeśli będę zdana sama na siebie, to co powinnam zrobić? W jaki sposób dotrzeć na kampus? Taksówka brzmiała najrozsądniej, ale nie byłam pewna, czy będę umiała wytłumaczyć taksówkarzowi, gdzie chcę dojechać i nie dać się przy tym naciągnąć na miliony monet za kurs, który powinien kosztować dziesięć razy mniej. Chyba wolałam jechać metrem, tylko z kolei metro w Pekinie, to nie są dwie linie jak w Warszawie, to jest z kilkanaście, jak i nie kilkadziesiąt linii i żeby dojechać na mój kampus, musiałabym się przesiąść chociaż raz, a z wszystkimi moimi bagażami, będzie to strasznie upierdliwe. Później przejść przez wszystkie formalności z zakwaterowaniem, rejestracją, muszę sobie kupić kartę telefoniczną, założyć konto w banku…. A jak czegoś nie zrozumiem? Albo gorzej, będzie mi się wydawało, że rozumiem, ale tak naprawdę zrozumiem to źle? Albo nie będę potrafiła powiedzieć, o co mi chodzi? Czy Chińczycy znają angielski? Słyszałam, że nie wszyscy… A co jeśli nie znajdę nikogo, z kim mogłabym się choćby zakolegować, nawet nie mówię, że zaprzyjaźnić, co jeśli przez cały ten rok cały czas będę zupełnie sama?

Gdy zaczynałam myśleć o tym wszystkim, nagle zaczęłam się bać. Nagle zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy decyzja, którą podjęłam, na pewno była tą właściwą. Czy ja naprawdę sobie tam poradzę? Czy zmiana kraju w ogóle mi pomoże czy po prostu przenoszę się z jednego bagna w drugie? Nienawidziłam tego, jak w jednej chwili ze stanu euforii potrafiłam przejść w stan bliski panice. Jeszcze chwilę temu prawie unosiłam się pod sufitem wypełniona pozytywną ekscytacją, natomiast teraz, gdy przelotnie zerknęłam w okno samolotu, zobaczyłam, że już się nie uśmiecham, a w moich oczach zbierają się łzy.

Szybkim ruchem ręki otarłam pojedynczą kroplę, która zdążyła spłynąć mi po policzku. Postanowiłam sobie, że nie, nie będę teraz płakać. Całkiem niedawno na przecenie w Sinsay widziałam koszulkę z napisem „Survive now, cry later”, nie kupiłam jej, ale zdanie utkwiło mi w pamięci. Może dlatego, że tak bardzo pasowało do mojej rzeczywistości. Rzadko płakałam, bo też rzadko miałam na to czas, zwykle byłam zbyt zajęta tym, żeby w ogóle przetrwać, by mieć czas i siły na wylanie choćby kilku łez. Te uczucia kłębiły się we mnie, miałam świadomość tego, że w którymś momencie powstrzymywane dotąd łzy mogą przerwać jakąś tamę i zatopić resztkę zdrowych zmysłów, jaka mi jeszcze została. Ale jeszcze nie teraz.

Teraz było jeszcze za wcześnie na łzy.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: