[J/C/KMovie] Przegląd azjatyckich filmów muzycznych cz.1

Cześć wszystkim :) Dzisiejsza notka niby zaplanowana, ale niezaplanowana, bo na pomysł jej napisania wpadłam niecały tydzień temu, kiedy obejrzałam jeden z filmów, który znajdziecie na tej liście. Ogólnie jest to krótki opis i moja opinia na temat dziesięciu filmów muzycznych, głównie są to produkcje japońskie i to w większości nie najnowsze, ale znajdziecie też jakieś tytuły chińskie i koreańskie. Myślę, że na pewno pojawią się kiedyś kolejne części takiej listy, bo akurat filmy czy dramy muzyczne, to jest coś, co lubię, i następnym razem na pewno będzie na niej więcej nowszych tytułów, bo teraz mimo wszystko wrzuciłam tu trochę staroci, o których aż grzech by było nie wspomnieć, a później się o nich zapomni. Mam nadzieję, że chociaż jeden tytuł z moich propozycji przypadnie Wam do gustu ;)

Kiseki: Sobito of That Day (JMovie)

Ten film obejrzałam dosłownie kilka dni temu i właśnie on natchnął mnie do napisania takiej notki. Jest to opowieść oparta na prawdziwej historii zespołu GReeeeN, który może niektórzy z Was kojarzą, parę dni temu wstawiałam na bloga notkę z tłumaczeniem jednej z ich piosenek, więc zachęcam do zapoznania się. W każdym razie głównymi bohaterami są tutaj dwaj bracia, jeden z nich, starszy, jest wokalistą metalowego zespołu, za to drugi stara się spełnić oczekiwania rodziców i stać się dentystą. W trakcie okazuje się, że młodszy brat również ma talent muzyczny, jednak niekoniecznie chce poświęcać dla muzyki swoje inne plany życiowe. Ogólnie ja, mimo że zespołu GReeeeN słucham od dawna, byłam bardzo zaskoczona tą historią i jak skończyłam oglądać, pierwsze co, to weszłam w google i sprawdziłam czy faktycznie tak było, naprawdę zainspirował mnie ten film, polecam wszystkim, życiowy (bo jednak oparty na faktach), ale bardzo pozytywny, to, jak chłopaki śpiewali, jak dobrze się przy tym bawili, człowiek aż sam machał łapkami przed komputerem i śpiewał z nimi, poważnie :)


Acoustic (KMovie)

Oglądałam ten film już dość dawno temu, ale bardzo utkwił mi on w pamięci. Jest to kilka historii, z tego, co pamiętam, to trzy, każda z nich opowiada o zupełnie innych bohaterach, dzieje się w zupełnie innym miejscu i czasie (włącznie z daleką przyszłością, której jeszcze nie znamy) i jedyne, co je łączy, to muzyka, a konkretnie jedna piosenka. Osobiście bardzo podobały mi się wszystkie te historie, każda z nich miała swój urok i mimo że każda z nich była zupełnie inna, to jednak pojawiało się to ogniwo, które je łączyło, dzięki czemu cały film był bardzo spójny i przyjemnie się go oglądało. Polecam bardzo :)


Taiyou no Uta (JMovie)

Film, który też już swoje lata ma, ale jest tak cudowny, że po prostu nie mogłam o nim nie wspomnieć. Historia dziewczyny, która z powodu choroby nie może wychodzić na słońce, w związku z czym prowadzi nocne życie, prawie codziennie śpiewając na ulicy swoje własne piosenki. Ta historia ma też wersję dramową, ale moim zdaniem film jest dużo dużo lepszy, wyraża wszystko, co miała wyrazić ta historia. YUI jest idealna w roli Kaoru, zwłaszcza że piosenki, które śpiewała w filmie to w większości te same, które sama śpiewała wieczorami na ulicach, zanim jeszcze stała się popularna. Oczywiście oprócz „Good-bye days”, które było stworzone do tego filmu i które zawsze będzie jedną z moich najukochańszych piosenek ever. Myślę, że akurat ten film jest obowiązkową pozycją dla każdego, kto ogląda azjatyckie filmy, nawet jeśli nie jest wielkim fanem filmów muzycznych, to i tak warto.


BECK (JMovie)

Ten film zapowiadał się wprost cudownie, genialna obsada, świetna fabuła, cała droga od przeciętnego dzieciaka z liceum do gwiazdy na festiwalu rockowym, no, nic tylko oglądać. Miałam wobec tego filmu naprawdę duże oczekiwania, ale niestety, jak teraz o nim myślę, to pozostał tylko niesmak. W zasadzie film nie był zły, od początku prawie do końca był naprawdę dobrze zrobiony. To dopiero końcówka mnie zawiodła i to zawiodła mnie tak, że po prostu ilekroć myślę o tym filmie, są to raczej myśli negatywne. Ale nie chcę Was też źle nastawiać, bo wielu moim znajomym się podobał, to ja chyba po prostu miałam zbyt wysokie wymagania.


Love In Disguise (CMovie)

Ten film może nie jest do końca muzyczny, jest raczej komedią romantyczną, ale jest w nim tej muzyki na tyle, że jednak stwierdziłam, iż warto go dodać do tej listy. Główny bohater jest znanym idolem, który w przebraniu zaczyna studiować w akademii muzycznej, by poderwać dziewczynę, która zajmuje się muzyką tradycyjną i najwyraźniej nie ma najlepszej opinii o gwiazdach jego pokroju. Jak już mówiłam, generalnie jest to bardzo sympatyczna komedyjka romantyczna, to, jak bohater (którego swoją drogą gra  Leehom Wang) stara się ukryć swoją tożsamość przebierając się w stroje, w które nikt by nie uwierzył, że ktoś może się tak ubierać na co dzień – bezcenne. No i muzyka, która pojawia się co jakiś czas, bo przecież akcja dzieje się w akademii muzycznej w końcu, też jest naprawdę dobra, polecam :)


BANDAGE (JMovie)

To jest film, który ja osobiście obejrzałam kilka albo i kilkanaście razy i prawdopodobnie nigdy mi się nie znudzi, ale jestem w stanie zrozumieć też osoby, którym się on nie podobał w ogóle i nie widzą w nim żadnego sensu. Bo generalnie ten film nie ma większego sensu, jakby ktoś mnie spytał, o czym jest, to nie wiem, czy umiałabym odpowiedzieć. Chyba po prostu jest to urywek z życia pewnej dziewczyny, która poznała pewien zespół. Ta historia wydaje się urwana, nie ma żadnego morału, żadnego zakończenia, które by cokolwiek przekazywało. Ale muzyka w tym filmie jest po prostu (przepraszam za wyrażenie) zajebista! <3 I Natsu jest zajebisty! Oczywiście miejcie na uwadze, że ja mogę być nieobiektywna, bo to w końcu Akanishi Jin, ale jednak ten bohater ma w sobie coś, co do mnie przemawia, tak samo muzyka, cały album LANDS to jest dla mnie po prostu arcydzieło. Więc jeśli ktoś ma zamiar oglądać to dla fabuły, to bardzo prawdopodobne, że się zawiedzie, ale jeśli ktoś (jak ja) chce sobie po prostu posłuchać dobrej muzyki i popatrzeć na Jina w genialnej roli Natsu, to będzie zadowolony, obiecuję.


Kanojo wa Uso wo Aishisugiteru (JMovie)

Myślę, że w tym przypadku całkiem obiektywnie mogę powiedzieć, że to jeden z najlepszych filmów muzycznych, jakie stworzono.  Historia genialnego kompozytora (Satou Takeru) i spotkanej przypadkiem licealistki, wokalistki w zespole stworzonym wraz z przyjaciółmi ze szkoły. Poza całkiem niezłą historią miłosną, możemy tutaj zobaczyć kulisy tego, jak funkcjonuje showbiznes, jak powstają piosenki, jak są promowane i co się sprzedaje, a co niekoniecznie. No i oczywiście mamy mnóstwo świetnej muzyki, zarówno w wykonaniu głównej bohaterki, jak i zespołu CRUDE PLAY (czyli Miura Shohei na wokalu, idę umierać *o*). Kolejna pozycja obowiązkowa, przynajmniej moim zdaniem :P


20 Once Again (CMovie)

O tym filmie pisałam już kiedyś osobną notkę, więc nie będę się za bardzo rozpisywać. Ogólnie motyw jest taki, że 70-letnia babcia magicznym sposobem staje się z powrotem 20-latką i wykorzystując zespół swojego wnuka, zaczyna spełniać swoje młodzieńcze marzenie o byciu piosenkarką. Film bardzo mi się podobał fabularnie, mega przyjemna komedyjka i to nie romantyczna, a poza tym pod względem muzycznym była naprawdę świetna, dużo piosenek, głównie takich w stylu lat 60-tych, ale pojawiały się też inne, jeden z fajniejszych filmów, jakie oglądałam :)


NANA (JMovie)

Na sam koniec kolejny klasyk, zastanawiałam się, czy to tu wstawiać, bo to już naprawdę stary film, ale jeszcze chyba nigdy o nim nie pisałam, więc stwierdziłam, że chociaż raz muszę. Film opowiada historię dwóch dziewczyn o tym samym imieniu – NANA – które poznają się przypadkiem w samolocie, a później stają się przyjaciółkami. Ogólnie głównym motywem jest tutaj wątek przyjaźni, ale w związku z tym, że jedna Nana jest wokalistką w zespole, również wątek muzyczny pojawia się tu dość często i piosenki  z tego filmu są naprawdę dobre, zwłaszcza że w filmie gra Nakashima Mika oraz Ito Yuna, które nie są aktorkami, ale właśnie piosenkarkami i na przykład takie „Glamorous Sky” to w ogóle jest już chyba jednym z klasyków japońskiego rocka.  A „Endless Story” to była chyba pierwsza japońska piosenka, której tekst znałam na pamięć. Myślę, że wiele osób już ten film widziało, bo to naprawdę znany tytuł, ale jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji, to zdecydowanie warto to nadrobić :)


Dance, Subaru (JMovie)

I na sam koniec film, który różni się znacznie od poprzednich ponieważ główna bohaterka nie śpiewa, tylko tańczy, i to nawet nie jakiś taniec współczesny tylko balet. Fabuła opiera się na tym, że główna bohaterka, Subaru, wraz z bratem bliźniakiem marzą o tym, by zostać tancerzami baletowymi. Chłopiec jednak umiera, zanim dane mu było spełnić to marzenie. Po jego śmierci Subaru poświęca całe swoje życie tańcu, bez względu na to, co mówią na ten temat inni. Ogólnie film bardzo mi się podobał. Sama historia jest świetna, nie mówiąc już o fantastycznej grze aktorskiej. Kuroki Meisa jest chyba moją ulubioną japońską aktorką i naprawdę się tutaj popisała. Mimo że zwykle taniec mnie jakoś nie pociąga, balet to już ani trochę, to ten film zrobił na mnie naprawdę spore wrażenie i naprawdę go polecam :)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: